w ostatnich dniach spędzonych jeszcze u starego pracodawcy, spotkałem się z ciekawym zjawiskiem. są na rynku agencje, o których myśli się, iż są duże, ciężko się do nich dostać, no a graficy tam pracujący to pewnie sama śmietanka, albo przynajmniej jogurcik, czy inny kefir. okazuje się, że lepiej pasuje określenie „kwaśne mleko”, o, albo „zsiadłe”.
jedni z dumą tworzą w illustratorze, eksportują do pdfa i proszeni o przesłanie poprawionej wersji – wyeksportowanej ze spadami rzucają radośnie, iż spady tam są, ale ich nie widać, no bo ponoć w illku już tak jest. ja wiem, że one tam są. mój pitstop też wie, ale ripowi za cholerę tego nie wytłumaczę, jeśli spadu widać nie będzie. jakież ogromne zdziwienie następuje, gdy kluczem do zagadki okazuje się tajemnicza opcja marks and bleeds w oknie zapisu. no ale nie wymagajmy zbyt wiele – jak już się jest na stanowisku o fajnie brzmiącej angielskojęzycznej nazwie, to wcale nie trzeba znać podstawowych angielskich zwrotów używanych w branży.. right?
inni natomiast, chwaląc indesigna, dumnie stwierdzają, iż indesign nie ma krzywienia czcionek, bo nie potrzebuje. no tak, w końcu type/create outlines to pewnie dodaj kontur, nie?
w takich momentach zaczynam rozumieć, dlaczego oficjalne pytania certyfikujące adobe indesign expert są takie proste.
01:19
pj4y
127
0


napisz odpowiedź